Bo kiedy myślimy o psychoterapii grupowej, łatwo wyobrazić sobie coś w rodzaju wystąpienia publicznego, którego tematem jestem ja i moje wstydliwe i intymne sprawy. Coś, o czym trzeba mówić przy innych, nawet jeśli nie ma się na to gotowości. Nic bardziej mylnego. Nic bardziej mylnego. Grupa może być miejscem, w którym zamiast się prezentować, można powoli uczyć się być bardziej prawdziwie i bardziej po swojemu.
Kiedy rozmawiam z osobami, które pierwszy raz słyszą o psychoterapii grupowej, bardzo często słyszę podobne zdania: „nie lubię grup”, „to nie dla mnie”. Ktoś inny mówi, że nie wyobraża sobie mówić o sobie przy obcych ludziach. Czasem ktoś od razu dodaje: „ja wolę rozmowy jeden na jeden”. I właściwie to rozumiem.
Bo kiedy myślimy o psychoterapii grupowej, łatwo wyobrazić sobie coś w rodzaju wystąpienia publicznego, którego tematem jestem ja i moje wstydliwe i intymne sprawy. Coś, o czym trzeba mówić przy innych, nawet jeśli nie ma się na to gotowości. Nic bardziej mylnego.
Moje doświadczenie jest inne. Spotkałam wiele osób, które przychodziły z przekonaniem, że grupa będzie dla nich najtrudniejszą możliwą formą pracy. I z czasem właśnie tam zaczynało się wydarzać coś bardzo ważnego. Nie dlatego, że nagle stawały się bardziej odważne czy bardziej otwarte. Bardziej dlatego, że zaczynały zauważać siebie w kontakcie z innymi.
W psychoterapii grupowej dzieje się coś, czego nie da się do końca opowiedzieć. To nie jest tylko rozmowa kilku osób siedzących w kręgu. Ja myślę o grupie trochę jak o miejscu, w którym zaczynamy widzieć swoje sposoby bycia z ludźmi. Zaczynam widzieć, jak reaguję, kiedy ktoś mnie nie rozumie, co robię, gdy pojawia się napięcie, czy wtedy się wycofuję, milknę albo próbuję dopasować się do innych. Czy potrafię powiedzieć, czego potrzebuję. Czy bliskość jest dla mnie czymś bezpiecznym, czy raczej zagrażającym. W gabinecie często spotykam osoby, które mówią: „ciągle dzieje się podobnie”. Zmieniają się ludzie, relacje, miejsca, a za każdym razem ja robię i reaguję podobnie.
I czasem właśnie grupa pomaga zobaczyć to wyraźniej. Nie dlatego, że ktoś z boku powie: „robisz tak i tak”. Bardziej dlatego, że pewne rzeczy zaczynają pojawiać się między ludźmi tu i teraz.
To jest coś, co bardzo lubię w pracy grupowej. Bo zamiast tylko opowiadać o relacjach, można ich doświadczać. Zauważać siebie. Sprawdzać, co się dzieje. I chcę powiedzieć coś ważnego. Nie trzeba być osobą otwartą ani „typem grupowym”, żeby przyjść do grupy. Naprawdę wiele razy słyszałam: „ja chyba się do tego nie nadaję”. Ja bym raczej powiedziała: warto sprawdzić.
Bo czasem to, co wydaje się największą trudnością, okazuje się miejscem, od którego coś zaczyna się zmieniać.

Psychoterapia grupowa nie polega na tym, że kilka osób siada razem i po kolei opowiada o swoich problemach. To nie jest rozmowa „na forum”, gdzie trzeba się przedstawić, dużo mówić albo od razu odsłaniać bardzo osobiste rzeczy.
Ja po latach pracy zaczęłam myśleć o grupie trochę inaczej. Nie jak o miejscu, w którym ludzie po prostu rozmawiają o trudnościach, ale jak o przestrzeni, w której zaczyna być widać to, co dzieje się między ludźmi. Bo często to, co przeżywamy w codziennym życiu, pojawia się też w grupie. Tylko tutaj można się przy tym zatrzymać i przyjrzeć temu trochę bliżej.
Ktoś bardzo chce być lubiany. Ktoś wycofuje się, kiedy robi się bardziej blisko. Ktoś żartuje, gdy robi się trudno. Ktoś nie zabiera głosu, choć ma dużo do powiedzenia. I nie chodzi o to, żeby ocenić, czy coś jest dobre albo złe.
Ja bardziej myślę o grupie jak o miejscu doświadczenia. Miejscu, w którym można zauważyć siebie w relacji z drugim człowiekiem. Nie tylko opowiadać o tym, jak jest poza salą, ale przez chwilę zobaczyć to, co dzieje się tu i teraz.
Irvin Yalom pisał o tym, że grupa z czasem staje się takim małym światem społecznym. A to, co wydarza się między ludźmi w tym małym świecie, często przypomina rzeczy dobrze znane z życia poza nim.
„Prędzej czy później ludzie zaczną zachowywać się w grupie dokładnie tak samo, jak w swoim prawdziwym życiu. Będą wchodzić w te same interakcje, przeżywać te same frustracje, tworzyć te same patologiczne wzorce i budować te same bariery, które tworzą na co dzień. Grupa staje się zatem społecznym mikrokosmosem.” I. Yalom
I właśnie dlatego psychoterapia grupowa potrafi być tak poruszająca. Bo czasem nagle zaczynamy widzieć coś, czego wcześniej sami nie zauważaliśmy.
Nie każda forma terapii jest dobra dla każdego człowieka w tym samym momencie życia. Ja bardzo wierzę w pracę grupową, ale nie myślę o niej jak o rozwiązaniu dla wszystkich. Ani na każdy czas.
Są osoby, dla których grupa może być bardzo wspierającym miejscem. Szczególnie wtedy, kiedy trudność dotyczy relacji, bliskości, samotności, granic, lęku przed oceną albo takiego ciągłego dopasowywania się do innych. W grupie te tematy często nie są tylko opowiadane. One zaczynają się dziać między ludźmi. I wtedy można je zobaczyć trochę wyraźniej.
Ale są też takie momenty, kiedy lepiej zacząć inaczej. Ciszej. Spokojniej. Od kontaktu jeden na jeden. Czasem ktoś jest w dużym kryzysie. Czasem po świeżym, trudnym doświadczeniu. Czasem jeszcze za wcześnie, żeby być z tym przy innych osobach.
Wtedy psychoterapia indywidualna może dać więcej oparcia. Może pomóc najpierw poczuć grunt pod stopami, nazwać to, co się dzieje, trochę się zatrzymać.
Dlatego nie chodzi o to, żeby od razu wiedzieć: „grupa jest dla mnie” albo „grupa nie jest dla mnie”. Bardziej o to, żeby to spokojnie sprawdzić. W rozmowie. Z uważnością na to, gdzie ktoś jest teraz i czego naprawdę potrzebuje.
Myślę, że poczucie bezpieczeństwa w grupie nie pojawia się od razu. Ono zwykle buduje się powoli. Spotkanie po spotkaniu. W relacji. W doświadczeniu, że można przyjść takim, jakim się jest i nie trzeba od pierwszego dnia wszystkiego o sobie opowiadać.
W pracy grupowej ważne są też pewne wspólne zasady i ramy, które pomagają stworzyć bezpieczną przestrzeń.
Jedną z nich jest dyskrecja. To, co ktoś wnosi do grupy i czym się dzieli, zostaje w grupie.
Ważne jest mówienie o sobie. Zamiast dawania rad, oceniania czy tłumaczenia innym, co powinni zrobić, próbujemy mówić o własnych uczuciach i doświadczeniach. O tym, co porusza się we mnie, co czuję, co zauważam.
Jest też miejsce na własne tempo. Nie trzeba mówić więcej, niż jest się gotowym powiedzieć. Można potrzebować czasu. Można przez jakiś czas bardziej słuchać.
Ja uważam, że bezpieczeństwo rodzi się też z czegoś jeszcze. Z doświadczenia, że można pokazać kawałek siebie i nie zostać z tym samemu. Można doświadczyć, że ludzie zostają. Że można powiedzieć coś ważnego, trudnego, czasem po raz pierwszy i zostać z tym przyjętym.
I chyba właśnie to bywa jednym z bardziej poruszających doświadczeń w grupie. Nie tylko mówić o sobie, ale zobaczyć, że jest na to miejsce.
Moim zdaniem w grupie leczy nie tylko samo mówienie o sobie. Czasem nawet nie to jest najważniejsze. Bardzo ważne jest doświadczenie, że mogę być z innymi ludźmi trochę bardziej prawdziwie. Że mogę powiedzieć coś o sobie, pokazać kawałek siebie i nie zostać z tym sama/sam. Że ktoś mnie słyszy. Widzi. Nie poprawia od razu, nie daje rady, nie mówi, co powinnam zrobić.
W grupie można zacząć rozpoznawać swoje emocje, potrzeby, sposoby reagowania. Zobaczyć, co robię, kiedy robi się blisko. Co się ze mną dzieje, kiedy ktoś mnie nie rozumie. Czy potrafię powiedzieć „nie”. Czy umiem poprosić o wsparcie. Czy w ogóle daję sobie prawo, żeby czegoś potrzebować.
I jest jeszcze coś, co dla mnie jest w pracy grupowej szczególnie poruszające. Można spróbować czegoś nowego. Powiedzieć coś pierwszy raz. Zająć więcej miejsca niż zwykle. Nie wycofać się od razu. Postawić granicę i zobaczyć, że świat się od tego nie rozpada. Że relacja może to unieść.
To bywa bardzo mocne doświadczenie. Takie korektywne. Bo człowiek nie tylko rozumie, że można inaczej. On przez chwilę naprawdę tego doświadcza.
I chyba dlatego tak wierzę w grupę. Bo czasem przy innych ludziach można zobaczyć, że zmiana jest możliwa nie gdzieś w teorii, tylko tu. W kontakcie. Krok po kroku.
Myślę, że psychoterapia grupowa nie zaczyna się od odwagi do mówienia. Bardziej od gotowości, żeby przyjść i pobyć przez chwilę z innymi ludźmi. Tak jak się potrafi. Z niepewnością, ostrożnością, ciekawością albo lękiem Nie trzeba od razu wiedzieć, co powiedzieć. Nie trzeba mieć gotowej historii ani pewności, że to jest właśnie to miejsce. Czasem wystarczy przyjść. A potem krok po kroku odkrywać, że można być wśród ludzi trochę bardziej sobą. Że można zajmować swoje miejsce. Powiedzieć coś ważnego. Albo po prostu sprawdzić, jak to jest być z innymi inaczej niż do tej pory, bardziej wprost i bardziej prawdziwie.
Dla mnie grupa ma w sobie coś niezwykłego. Bo czasem przy innych ludziach zaczynamy czuć, że nie musimy już tak bardzo udawać, dopasowywać się ani chować. Możemy być trochę bardziej sobą. I z tego miejsca powoli zaczyna rosnąć coś bardzo ważnego: poczucie, że jestem w porządku taki, jaki jestem.
